Lechia zachwyciła atakiem, ale z Koroną zostawiła niedosyt

Lechia zachwyciła atakiem, ale z Koroną zostawiła niedosyt

FOT. Urząd Miejski w Gdańsku

Na Polsat Plus Arenie Lechia przez długi czas grała tak, jakby chciała zamknąć sprawę już po godzinie. Gdańszczanie wbili się w mecz z impetem, prowadzili 3:0 i mieli Koronę na linach, a mimo to końcówka przyniosła więcej nerwów niż spokoju. Wynik 4:2 wygląda okazale, lecz w Gdańsku zostało też poczucie, że taki wieczór powinien skończyć się jeszcze pewniej.

  • Godzina dominacji, która miała dać spokojny wieczór
  • Korona wróciła dzięki prezentom i jednej chwili dekoncentracji
  • Bilans, który może ważyć więcej niż sam wynik

Godzina dominacji, która miała dać spokojny wieczór

W poniedziałkowy wieczór Lechia pokazała w 27. kolejce PKO BP Ekstraklasy dokładnie to, co w tym zespole najciekawsze. Odważne wejście w mecz, szybkie przenoszenie ciężaru gry i bezczelność w ataku sprawiły, że Korona przez długi czas nie nadążała za tempem gospodarzy. Na trybunach było 10 875 widzów, a gospodarze od początku dawali im dużo powodów do emocji.

Najpierw trafił Aleksandar Ćirković, potem Tomas Bobček dołożył gola z rzutu karnego po czerwonej kartce dla Sotiriou, a po przerwie wynik podwyższył Rifet Kapić. To był fragment meczu, w którym Lechia wyglądała jak drużyna z górnej półki, pewna swojej jakości i groźna w każdej fazie ataku.

  • 19. minuta – Ćirković wykorzystał rozegranie Bobčka i otworzył wynik.
  • 27. minuta – Sotiriou zobaczył czerwoną kartkę po interwencji VAR, a chwilę później Bobček pewnie wykorzystał „jedenastkę”.
  • 59. minuta – Kapić zakończył efektowną akcję gdańszczan i zrobiło się 3:0.

W tym momencie Lechia miała już wszystko pod kontrolą. Zespół z Gdańska ma po tym spotkaniu 37 punktów i pozostaje drużyną z największą liczbą strzelonych bramek w lidze, a ich dorobek to 55 goli. Gdyby nie pięć punktów odjętych na starcie sezonu, sytuacja w tabeli wyglądałaby dla nich znacznie bardziej obiecująco.

Korona wróciła dzięki prezentom i jednej chwili dekoncentracji

Problem Lechii polegał na tym, że przy takim obrazie meczu przewaga nie została zamieniona na pełny spokój. Zamiast dobić rywala czwartym golem, gospodarze zaczęli marnować sytuacje. Najbardziej widoczny był w tym Aleksandar Ćirković, który poza trafieniem napędzał kontry, ale przy ostatnim podaniu potrafił się pospieszyć albo zgubić właściwy moment.

W 77. minucie mecz nagle zrobił się nerwowy. Dawid Kurminowski nadepnął rywala w polu karnym, Korona dostała rzut karny i zrobiło się 3:1. Cztery minuty później goście dołożyli drugie trafienie po strzale w zamieszaniu i od tego momentu na stadionie wróciło napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej nie powinno mieć prawa się pojawić.

„Myślę, że przez pierwszą godzinę byliśmy fantastyczni” – powiedział po meczu John Carver.

Trener Lechii przyznał też, że przy prowadzeniu 3:0 do gry wkradła się nonszalancja. I właśnie to słowo najlepiej opisuje drugi fragment spotkania. Gdańszczanie nie przestali atakować, ale zaczęli grać zbyt lekko tam, gdzie przydałaby się większa kontrola. Dopiero gol Dawida Kurminowskiego w doliczonym czasie gry ustawił wynik na 4:2 i zdjął z meczu resztki niepewności.

Bilans, który może ważyć więcej niż sam wynik

Lechia wygrała i dopisała do tabeli bardzo ważne punkty, ale przy tej drużynie patrzy się dziś szerzej niż tylko na pojedyncze zwycięstwa. Do końca sezonu zostało siedem kolejek, więc na stole leży jeszcze 21 punktów. Jeśli gdańszczanie utrzymają tempo, mogą włączyć się do walki o miejsce premiowane grą w europejskich pucharach.

Jest jednak też drugi wymiar tej wygranej, mniej efektowny, ale możliwy do odczucia na finiszu sezonu. Jesienią w Kielcach Korona wygrała 3:0, a w bezpośrednich starciach obu zespołów bilans bramkowy wynosi teraz 5:4 na korzyść drużyny z Kielc. To oznacza, że przy równej liczbie punktów wyżej w tabeli skończy Korona. Właśnie dlatego Lechia nie może poprzestać na efektownych zwycięstwach, tylko musi szukać też większej pewności w końcówkach.

Na razie obraz jest wyraźny: gdańszczanie mają siłę rażenia, mają bramki i mają zawodników, którzy potrafią rozstrzygać mecze. Bobček z 15 trafieniami wrócił na pozycję współlidera klasyfikacji strzelców Ekstraklasy, dzieląc ją z Karolem Czubakiem z Motoru Lublin . Jeśli Lechia utrzyma ten ofensywny rytm, końcówka sezonu może być dla niej naprawdę głośna.

na podstawie: UM Gdańsk.