Fotograf dokumentuje Orunię, zanim stare domy i historie znikną z dzielnicy

Na jednej ulicy pamięć o dawnych podwórkach miesza się z nowymi inwestycjami, a sąsiedzi znają się od kilku pokoleń. Wojciech Szulc-Cholnicki fotografuje mieszkańców Oruni i zapisuje ich opowieści, bo za 10–20 lat wiele miejsc może wyglądać zupełnie inaczej. Wśród bohaterów są artystka, rodowity Oruniak, emerytowany stoczniowiec i hodowca gołębi. Każdy z nich pokazuje dzielnicę, której nie da się zamknąć w jednym stereotypie.
- Wojciech Szulc-Cholnicki szuka Oruni poza stereotypem
- Laura Haras widzi potencjał, którego nie można zgubić
- Dawne podwórka żyją w pamięci Jana Kruszyńskiego-Bruchmanna
- Zbigniew Borkowski wrócił do miejsca, w którym się urodził
Wojciech Szulc-Cholnicki szuka Oruni poza stereotypem
Fotograf przyjechał do Gdańska z Pasłęka, a na Orunię zaglądał już 40–45 lat temu. Pamięta dzielnicę z czasów, gdy część jej zabudowy była w złym stanie. Dziś mieszka w Kowalach, ale właśnie na Oruni postanowił stworzyć fotograficzny portret miejsca i jego mieszkańców.
Dzielnicę od turystycznego centrum Gdańska dzielą zaledwie około cztery kilometry. Przez lata przylgnęły do niej jednak krzywdzące opinie. Szulc-Cholnicki chce pokazać inną perspektywę: ludzi, którzy tworzą sąsiedzkie więzi, pamiętają dawne adresy i obserwują szybkie zmiany infrastrukturalne.
„Orunia bardzo mocno się zmienia i to jest taki trochę ostatni dzwonek na rejestrację pewnych sytuacji albo pewnej historii”.
Nie fotografuje wyłącznie twarzy. Nagrywa wypowiedzi i spisuje historie bohaterów. Wśród mieszkańców jest wiele osób starszych, pamiętających Orunię od lat 40. XX wieku. Są wśród nich rdzenni gdańszczanie, Kaszubi oraz rodziny, które przyjechały tu po wojnie. Ich życiorysy często łączą kilka języków, miejsc i doświadczeń.
Projekt rozpoczął się późną wiosną. Fotograf musiał najpierw zdobyć zaufanie mieszkańców, a kolejnych bohaterów poznawał dzięki poleceniom. Czasem zaczepiał ludzi na ulicy, jeśli zainteresowali go wyglądem lub energią. Po wyjaśnieniu celu większość zgadzała się na udział.
Praca nie zakończy się wraz z rozliczeniem stypendium. Szulc-Cholnicki nadal szuka osób z Oruni, które chciałyby podzielić się swoim wizerunkiem i wspomnieniami. Wśród dotychczasowych bohaterów są między innymi profesorowie, ostatni gołębiarze i utalentowani sportowcy. Fotograf rozważa też przygotowanie obszerniejszego materiału, wykraczającego poza publikacje w mediach społecznościowych i wystawę.
Laura Haras widzi potencjał, którego nie można zgubić
Jedną z bohaterek projektu jest Laura Haras – aktorka, śpiewaczka, artystka i animatorka kultury. Absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku przez sześć lat kierowała Teatrem Gdańskiego Archipelagu Kultury. Nadal współpracuje z tą instytucją, prowadzi działania artystyczne dla młodych osób i współtworzy spektakle.
Haras pochodzi z Sopotu. W dzieciństwie została wraz z rodzicami, którzy również byli artystami, sfotografowana przez Zofię Rydet. Dziś sama znalazła się przed obiektywem w projekcie poświęconym obecności miejsca i ludzi.
Orunia nie była dla niej oczywistym wyborem. Przyznała, że dzielnica ją zaskoczyła, ale szybko dostrzegła jej możliwości. Zwróciła też uwagę na ryzyko, jakie może przynieść rozwój – utratę cech wyróżniających Orunię spośród innych części Gdańska.
„Mam nadzieję, że rozwój Oruni będzie się wiązał z tym, że nie zagubi się gdzieś jej absolutnie totalnie niepowtarzalny klimat wyjątkowości”.
W jej opowieści Orunia łączy stare domy i nowe inwestycje, pamięć oraz plany na przyszłość. To nie tylko adres ani zbiór historycznych budynków. O charakterze dzielnicy decydują także osoby, które organizują tu życie kulturalne i sąsiedzkie.
Dawne podwórka żyją w pamięci Jana Kruszyńskiego-Bruchmanna
Jan Kruszyński-Bruchmann urodził się 30 października 1962 roku. Pierwsze dziewięć lat spędził na Oruni, ale wspomnienia związane z dzielnicą towarzyszą mu do dziś. Jego dziecięcy obraz tego miejsca tworzą ulica Raduńska, ogródki, jabłonie, bez, czysta rzeka i podwórka pełne mieszkańców.
Pamięta kobiety częstujące dzieci landrynkami i papierówkami. Pamięta też dom przy ul. Raduńskiej 7, który w 1971 roku został zburzony. W jego miejscu powstała kotłownia. Najważniejsi pozostali jednak ludzie – ich nazwiska, przezwiska i rodzinne historie.
„Naliczyłbym setkę osób stąd, które już pochowano. Takich, których znałem od pieluch”.
W rodzinie Kruszyńskiego-Bruchmanna spotykały się języki i tradycje kaszubskie, niemieckie oraz polskie. Dziadek mówił po niemiecku i kaszubsku, a ojciec przed wojną chodził do niemieckiej szkoły. Sam bohater określa się jako „wolny gdańszczanin”.
Jego biografia ma także mocny muzyczny rozdział. Jako pierwszoklasista w Szkole Podstawowej nr 9 przy ul. Raduńskiej usłyszał Czerwone Gitary. Później przyszły Chuck Berry, Elvis Presley, Beatlesi i punk rock. W 1983 roku podczas koncertu UK Subs w Hali Olivia został zatrzymany i pobity przez ZOMO.
„Za irokeza i ćwieki”.
Dziś nadal słucha tej muzyki, a przemiany Oruni obserwuje z niepokojem. Szczególnie boli go znikanie starych domów, bo wraz z nimi tracone są podwórka i część pamięci o mieszkańcach.
Zbigniew Borkowski wrócił do miejsca, w którym się urodził
Zbigniew Borkowski przyszedł na świat na Oruni w 1952 roku. Jego rodzina mieszkała przy ul. Bocznej, lecz dom odebrano jej po uznaniu, że należał do Niemców. Później Borkowscy przenieśli się na ul. Lublańską. Tam spędził kolejne dwie dekady.
Po szkole zawodowej został mechanikiem i w 1969 roku rozpoczął pracę w Stoczni Remontowej. Przez kilka lat mieszkał i pracował w Niemczech, jednak wrócił do Polski. Wpłynęła na to między innymi rozmowa z ojcem, który obawiał się, że rodzina może stracić możliwość powrotu do kraju.
Borkowski został na Oruni. Jest emerytowanym pracownikiem stoczni i od dzieciństwa hoduje gołębie. Mówi o nich jak o najwierniejszych towarzyszach.
„To są jedyni przyjaciele, którzy po prostu nie zdradzą człowieka”.
Na pytanie o znaczenie Oruni odpowiada bez wahania:
„Tu się urodziłem, tu mieszkam i tu chyba umrę”.
W jego historii dzielnica obejmuje dzieciństwo, pierwszą pracę, wyjazd, powrót, rodzinę i wieloletnie znajomości. Takich opowieści jest więcej, dlatego fotograficzny projekt może z czasem stać się nie tylko zbiorem portretów, ale także dokumentem przemian Oruni. Zanim znikną kolejne stare domy, podwórka i wspomnienia związane z ich mieszkańcami.
na podstawie: Urząd Miejski w Gdańsku.
![]()
Ostatnie Artykuły

Kosmetyki, perfumy i alkohol. Dwie osoby z zarzutami w Gdańsku

Uciekał przez las przed policjantami. W walizce były narkotyki

Linia 100 omija przystanek Targ Chlebowy. Autobusy jadą objazdem

Samorządy ćwiczyły reagowanie kryzysowe. Była gra decyzyjna

Fotograf dokumentuje Orunię, zanim stare domy i historie znikną z dzielnicy

Pierwsze stalowe przęsło nowej kładki na Zaspie trafi nad al. Jana Pawła II

Kładka na Ołowiankę wraca do stałego harmonogramu zwodzenia

Smok, jednorożec i własna mozaika. Warsztaty w Błękitnym Baranku

Droga do elektrowni jądrowej nabiera tempa. Pierwszy odcinek przekroczył 9 proc.

Próba odebrania plecaka z laptopem. Dwóch mężczyzn w areszcie

Pierwszy spektakl w podwieszanej sali Szekspirowskiego będzie folk-horrorem

Plac Wałowy odzyska historyczny układ. Wróci fontanna i zieleń

Znamy najpiękniejsze ogrody i działki w Pruszczu Gdańskim

Cztery mieszkania przy Łowickiej po remoncie za ponad 2 mln zł
Przydatne dane teleadresowe
- Dom Pomocy Społecznej "Ostoja" w Gdańsku - kontakt, usługi i przyjęcie
- IX Komisariat Policji w Gdańsku - kontakt, dzielnicowi, godziny przyjęć
- Komenda Miejska PSP w Gdańsku - kontakt, prewencja, sprawy urzędowe
- III Komisariat Policji w Gdańsku - kontakt, dzielnicowi, godziny przyjęć
- Parafia Opatrzności Bożej w Gdańsku-Zaspie - msze, kancelaria, sanktuarium
- Trzeci Urząd Skarbowy w Gdańsku - kontakt, godziny, e-usługi i zasięg terytorialny
