Lenny Kravitz porwał Ergo Arenę. Rock, soul i energia bez daty

Lenny Kravitz porwał Ergo Arenę. Rock, soul i energia bez daty

Ręczniki z potem Lenny’ego Kravitza wędrowały ze sceny prosto do fanek, a pod nią wybuchały kolejne fale entuzjazmu. W Ergo Arenie nie było jednak miejsca wyłącznie na rockandrollowy wizerunek artysty. Najważniejszy okazał się zespół i muzyka, w której pop rock spotkał się z bluesem, soulem oraz rytmem r’n’b. Publiczność dostała koncert oparty na przebojach, ale daleki od odtwarzania ich w bezpiecznej, przewidywalnej formie.

  • Lenny Kravitz postawił na zespół zamiast scenicznych fajerwerków
  • „Always on the Run” przywróciło publiczności młodzieńczy rytm

Lenny Kravitz postawił na zespół zamiast scenicznych fajerwerków

Kravitz pojawił się w pełni ubrany, choć jego sceniczny wizerunek i tak nie pozostawiał publiczności obojętnej. Dredy, czarne okulary, świetna forma i energia muzyka, który ma już 62 lata, budowały obraz artysty świadomego swojego statusu. Gesty wobec fanek – w tym rzucanie ręczników spod sceny – były dobrze znaną rockandrollową grą z publicznością.

Najwięcej działo się jednak w warstwie muzycznej. Oprawa wizualna została ograniczona do świateł i dwóch ekranów po bokach sceny. Centrum koncertu stanowili Kravitz oraz jego zespół:

  • perkusistka Jas Kayser, wyróżniająca się charakterystycznym afro,
  • gitarzysta Craig Ross,
  • sekcja dęta,
  • wokalistki i wokaliści wspierający.

Craig Ross wnosił do brzmienia surowość kojarzoną z klasycznym rockiem, a cała grupa tworzyła zwarte, mocne zaplecze dla lidera. Dzięki temu utwory nie brzmiały jak pokaz możliwości jednego frontmana. Były efektem pracy zespołu, w którym każdy element miał swoje miejsce.

W repertuarze znalazły się między innymi „Fly Away”, „It Ain’t Over ’Til It’s Over” oraz „The Chamber”. Za przebojową warstwą tych piosenek wyraźnie słychać było jednak starsze źródła inspiracji. Kravitz sięgał do czarnego bluesa, soulu i r’n’b, łącząc je z nowoczesną produkcją oraz rockową energią. Właśnie dlatego jego muzyka nie zatrzymała się w epoce debiutu.

„Always on the Run” przywróciło publiczności młodzieńczy rytm

Na widowni dominowali fani, którzy pamiętają debiut Kravitza z końca lat 80. Wielu z nich przyszło z partnerkami, często w rockowych ramoneskach. Metryka publiczności nie miała większego znaczenia, gdy zabrzmiały „Always on the Run” i „Are You Gonna Go My Way”. Tłum ruszył do tańca z energią przypominającą studenckie imprezy sprzed kilku dekad.

To jeden z najbardziej wymownych punktów tego koncertu. Piosenki, które dla części widowni są wspomnieniem młodości, nadal działają bez dodatkowego kontekstu i bez nostalgicznego muzealnego kurzu. Wystarczyły charakterystyczne riffy, rytm oraz obecność muzyków na scenie. Kravitz pokazał, że rock, blues i pop mogą łączyć różne pokolenia bez upraszczania brzmienia.

Artysta wielokrotnie mówił ze sceny o miłości, dobru i energii, które otrzymuje od publiczności. Wspomniał także, że chętnie spędziłby w Polsce trzy tygodnie, by lepiej poznać kraj i jego mieszkańców. Najgłośniej widownia zareagowała na słowa:

„Jestem tu u siebie w domu”.

Finał należał do „Let Love Rule”. Ten utwór szczególnie mocno odsłonił soulowe i bluesowe korzenie twórczości Kravitza. Zamiast zwykłego zakończenia koncertu zabrzmiał szeroki, pełen rytmu finał, w którym wybrzmiały zarówno fascynacje Jamesem Brownem, Prince’em i Bobem Marleyem, jak i własny styl amerykańskiego artysty.

W Ergo Arenie spotkały się dwa porządki: wspomnienie muzyki z lat 90. oraz świeżość wykonania na żywo. Publiczność mogła wrócić do dawnych piosenek, ale nie dostała wyłącznie powtórki z przeszłości. Kravitz nadal buduje koncert na fizycznej energii, mocnym składzie i repertuarze, który nie potrzebuje daty ważności.

na podstawie: Serwis gdansk.pl.